-

Andrzej-z-Gdanska

Mieczysław Jałowiecki, człowiek, który kupił Westerplatte dla Polski – ciąg dalszy

W uzupełnieniu poprzedniej notki, która znajduje się pod linkiem

http://andrzej-z-gdanska.szkolanawigatorow.pl/czy-mogo-nie-dojsc-do-wybuch-ii-wojny-swiatowej

zdjęcie Mieczysława Jałowieckiego

z dedykacją o treści:

Najdroższej siostrzenicy „Zo” z pozdrowieniami i miłością. Wuj Jałowiecki.

Mieczysław Jałowiecki urodził się 2 grudnia 1876 w majątku Syłgudyszki na Auksztocie, w rodzinie wywodzącej się z ruskich kniaziów Pieriejasławskich-Jałowieckich. Był synem generała Bolesława Jałowieckiego i Anieli z Witkiewiczów (najmłodszej siostry Stanisława Witkiewicza, co czyni go bliskim kuzynem Witkacego). Jak nie trudno się domyślić – ze względu na pochodzenie otrzymał staranne i wszechstronne wykształcenie: ukończył Liceum Cesarskie w Petersburgu, otrzymując dyplom kandydata do nauk ekonomicznych; następnie studiował na Politechnice w Rydze, na kierunkach chemii, oraz agronomii; dalsze studia ukończył na uniwersytecie Halle, oraz w Bonn, gdzie przez kilkanaście miesięcy przygotowywał pracę doktorską z uprawy i melioracji torfów.

Znał w mowie i piśmie oprócz ojczystego język rosyjski, angielski, francuski, niemiecki, litewski i słabiej szwedzki. Predyspozycje zawodowe upoważniły go w przyszłości do zajmowania znaczących stanowisk państwowych.

W życiu prywatnym dwukrotnie wstępował w związek małżeński – jego pierwszą żoną była Julia Elżbieta Anna z Wańkowiczów (ślub odbył się 30 czerwca 1910 r.), zaś potomkami zrodzonymi z tego związku byli: Andrzej (1912-1944), oraz Krystyna Maria (ur. 1914).

Drugą żoną Jałowieckiego była, pochodząca z kaliskiego majątku w Kamieniu Zofia Aniela Maria z Romockich primo voto Wyganowską (para pobrała się 5 sierpnia 1922 roku).

Należał do kresowego ziemiaństwa i być może ostatniego pokolenia, dla którego duchową ojczyzną było dawne, wielonarodowe Wielkie Księstwo Litewskie. Jednocześnie – aż do rewolucji rosyjskiej 1917r. – przynależał do zamożnej i uprzywilejowanej warstwy imperium carów. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości został w 1919 r. pierwszym przedstawicielem rządu Rzeczpospolitej w Wolnym Mieście Gdańsku.

Później na kilkanaście lat osiadł w majątku ziemskim w Kaliskiem. We wrześniu 1939 r. zdołał wyjechać z Polski. Zmarł na emigracji w 1962 r. pod Londynem, gdzie spisał wspomnienia o świecie, który nieodwracalnie przeminął.

Nominacja Mieczysława Jałowieckiego na delegata Rządu Polskiego w WMGdańsku z dnia 28 stycznia 1919 roku.

Filister Mieczysław Pierejasławski-Jałowiecki był członkiem Korporacji Akademickiej Arkonia (założona w 1879 roku w Rydze), która jest apolitycznym stowarzyszeniem studenckim o charakterze ideowo-wychowawczym. Filistrem zostaje się po ukończeniu studiów i zakończeniu czynnej działalności w Arkonii.

Chciałbym jeszcze wyjaśnić, iż do Arkonii nie "zapisałem się" - pojęcie "zapisania się" do Arkonii, aczkolwiek niejednokrotnie używane - praktycznie nie miało najmniejszego uzasadnienia. Do Arkonii można było być tylko przyjętym.

Maurycy Hauke-Bosak (c. 1930) Cetus to rok przyjęcia do korporacji.

Dla Arkona najciekawsze oczywiście będą szerokie opisy Arkonii ryskiej, tego jak nasi poprzednicy angażowali się w życie uczelni, jak świętowali komersze (uroczysty, corocznie organizowany ogólnopolski zjazd korporantów). Wydaje mi się jednak, że jak na kilkanaście tomów wspomnień trochę tego mało. A może by tak ktoś nawiązał kontakt z filisterskim wnukiem w Australii i wydobył od niego całość wspomnień?

Bartłomiej Kachniarz (cetus 1995)

Komersz 69-lecia w Londynie. Siedzą od lewej: Wł. Puzyna, W. Rychlewicz, Wł. Anders cetus 1911, F. Kraczkiewicz, M. Jałowiecki (cetus 1895), W. Hryszkiewicz-Narbutt. Stoją: J. Schiele, Wł. Rathe, K. Trzeciak, St. Piotrowski, Z. Rościszewski, Zdz. Pawłowski, Tad. Sokołowski, M. Bosak-Hauke, Wł. Horbaczewski, L. Jachimowicz, A. Wejtko, J. Gumiński, J. Zawisza, H. Strzeszewski, S. Radogost-Uniechowski, W. Obuchowicz, K. Okulicz, S. Krasiński, J.C. Borkowski.

Synem Mieczysława Jałowieckiego był Andrzej Jałowiecki urodzony w 1912 roku.

Wspomina o nim Adam Ronikier w książce „Pamiętniki 1939-1945”.

 

 

 

 

 

Podczas spotkania w Krakowie Andrzej Jałowiecki został upatrzony przez Ronikiera na sekretarza rady, cytuję:

„…miał co prawda wadę jedną, że był może zbyt młody, ale też z tą wadą ściśle połączone zalety — niepożytą energię, zapał i chęć do pracy, co przy wrodzonej wybitnej inteligencji dało nam w nim człowieka nieocenionego dla pracy tego typu, jaką prowadzić zamierzaliśmy.”

W końcu został dyrektorem Rady w Warszawie.

„…ze wszystkich kandydatów swoją wielką energią i zrozumieniem, jak taką jak nasza instytucja prowadzić należy, wybitnie się wyróżniał, z władzami umiał zawsze spokojnie i z godnością wychodzić, zaś pracą swą i inteligencją budził u nich należny respekt.”

W dniu 26 października Andrzej Jałowiecki został aresztowany w błahej sprawie, bo walutowej, w której był on tylko pośrednio zamieszany, z czasem w miarę badań przybrała bardzo groźne dla niego kształty, bowiem nawet dr Fohl, który zawsze podkreślał swe nader przyjazne dla Jałowieckiego usposobienie, oświadczył mi kategorycznie, że poznawszy sprawę, nie może inaczej, jak umyć od niej ręce.

Zgon nastąpił w marcu 1943 w obozie w Majdanku na skutek przebytej choroby tyfusu plamistego, której on się nabawił, spełniając dobrowolnie obowiązki sanitariusza przy chorych na tę straszną chorobę kolegów swych w obozie.

Synem Andrzeja Jałowieckiego był Michał Jałowiecki.

Mieczysław Jałowiecki wraz z wnukiem, Michałem Jałowieckim.


Z okładki książki napisanej przez Michała Jałowieckiego „Bardovsky” możemy się dowiedzieć, że:

MICHAŁ JAŁOWIECKI, ur. 1937 r., absolwent Politechniki Gdańskiej (Wydział Mechaniczny). Od początku lat 80. mieszkał w Australii (Perth). Opracował i opublikował książki: „Na skraju Imperium”, „Wolne Miasto”, „Requiem dla Ziemiaństwa”, opierając się na wspomnieniach swego dziadka, kniazia Mieczysława Pieriejasławskiego-Jałowieckiego (1876-1963), wywodzącego się z rozlegle skoligaconego rodu arystokratycznego na Litwie. Dziadek Michała Jałowieckiego był człowiekiem, który kupił Westerplatte, pracował też w polskiej i rosyjskiej służbie dyplomatycznej. Matka Mieczysława Jałowieckiego była siostrą Stanisława Witkiewicza i ciotką Witkacego. Wspominana wcześniej trylogia, opracowana z talentem literackim, napisana barwnie, z wieloma anegdotami historycznymi, cieszyła się dużym powodzeniem u Czytelników.

Książka „Bardovsky” stanowi jakby kontynuację tamtych wspomnień. Napisana została jednak jako powieść, rozgrywająca się w trzecim pokoleniu, w czasie transformacji ustrojowej na Ukrainie i w Polsce, zahaczając również o życie w Australii. Autor, pracując w stoczniach rozpadającej się Jugosławii, Rumunii oraz na Ukrainie miał doskonałe możliwości obserwowania bolesnych w skutkach zmian ustrojowych.


I polonijny wolny ekran historii: pokaż jak żyjesz, pokaż co cię cieszy i co cię boli.

 

Andrzej Jałowiecki (to z kolei syn Michała Jałowieckiego czyli prawnuk Mieczysława) - WolnyEkran.pl

Poniżej stenogram rozmowy, a właściwie monologu. „Miejsce akcji”: Warszawa, jakiś park.

W teorii zawsze się czuję Polakiem, w praktyce jestem Australijczykiem. W Australii się czuję Polakiem, ale nie do końca Australijczykiem, że ja jestem człowiekiem, że wszędzie nie czuję się u siebie. To miałem w Hiszpanii, miałem w Rumunii, Jugosławii w Austrii. Mieszkałem w wielu krajach. Nigdy nie czuję, że jestem u siebie. Dla mnie emigracja to jest troszeczkę jak taka choroba, od której nie można się wyleczyć. Przechodzisz przez wszystkie etapy choroby i te wszystkie etapy od czasu do czasu wracają i musisz ciągle przerabiać. To jest podróż bez końca, dla mnie właśnie emigracja. To jest walka o przetrwałość, to jest ból, to jest drzewo bez korzeni. To jest jak ta roślina w tych western filmach co po prostu z wiatrem goni – nie wiem jak to się nazywa, ale, rozumiesz. To jest poznawanie ludzi – ciągle. To jest przedstawianie się od czterech lat w innych krajach: dzień dobry, jestem Andrzej Jałowiecki, ale nigdy nie nauczenie się tworzyć relacji z ludźmi. Ja co dwa lata zmieniam kraje, co pięć minut poznaję nową osobę, a całe życie próbuję stwierdzić kim jest Andrzej Jałowiecki.

Ten Andrzej Jałowiecki nie jest w Australii sobą. Ten Andrzej Jałowiecki najlepiej się tutaj czuje, ale jest Polakiem w teorii. Ja więcej o sobie i swojej rodzinie i przodkach uczę się tutaj przez innych ludzi, przez ich słowa. Dużo musiałem pracować nad sobą właśnie przez tą emigrację. Co powiedzieć? Emigracja nie jest łatwa rzecz. Niszczy ludzi. Jest cudowna. To jest taki… Oj, ile ja wrażeń miałem dzięki emigracji, ile poznawałem, ile widziałem. Demonstracje widziałem, jak byłem w Jugosławii, jak Miloszewicza chcieli wyrzucić, gdzie strzelali w moim kierunku.

Pierwszy raz przyjechałem tu do Polski jak miałem 13 lat i też nie mogłem… Rodzice wysłali mnie na kolonie do Garwolina. Po dwóch dniach uciekłem z kolonii, kupiłem sobie bilet - 13 latek. W Warszawie znalazłem taksówkarza, który mnie na lotnisko zawiózł i poleciałem z Warszawy do Gdańska do babci. Całe życie tak wędruję, podróżuję. Parę tygodni temu byłem w Australii, w Gdańsku raz. Teraz jestem… Przyjechałem mamę odwieść na lotnisko. Jestem w Warszawie. Ludzie mnie się tutaj pytają: jak długo będziesz? Ja mówię: nie wiem. Przyjechałem na dwa miesiące pięć lat temu. Zawsze mówiłem, że będę tutaj dopóki się dobrze czuję i nie zmarznę – już zmarzłem, źle się czułem, ale jakoś wracam. To jest moja dusza. Kocham Polaków. Tutaj jest tak ciekawe życie. Tyle się dzieje. Po prostu wszystkie moje… jak to się mówi, wszystkie moje kreatywne sensy tutaj odżywają. Ja w Australii się nudzę. Dla mnie Australia jest pięknym krajem, ale społeczna pustynia. Ja mogę iść przez kilometry; ja mieszkam przy samej rzece, gdzie zbudowaliśmy taki „Elisabeth Quay”, projekt gdzie kosztował biliony dolarów.